Sakartwelo - szlakami gruzińskich przestworzy

Na spotkanie z Gruzją

Gruzja jest niewątpliwie skrawkiem raju na ziemi!!!

Zamkną je siłą – ty otwórz oczy:
Nam świat oglądać raz tylko dano –
Drzewa, kobietę, zachód, gór zbocza.
Zamkną je siłą – ty otwórz oczy,
Spłać dług swój światu i patrz od rana,
Póki ci wzroku łza nie zamroczy.
Zamkną je siłą – ty otwórz oczy:
Nam świat oglądać raz tylko dano.

Grigol Abaszydze (1914-1994),
– tłumaczył Igor Sikirycki

To kraj przepięknych krajobrazów i malowniczych scenerii. Natomiast Gruzini są gościnni i życzliwi. Ziemia Kartlów jest nadal nieodkryta. Unosi się nad nią magiczna aura tajemniczości i ukrytego piękna. Kto się tam raz wybierze, zakocha się w Niej na całe życie. Poznajcie moją nową ukochaną – Gruzję.

Historia naszej wyprawy zaczęła się na przełomie sierpnia i września 2010 roku. Wyruszyliśmy autem w podróż do Gruzji w takim oto składzie: Kamil Krechlik – ratownik GOPR, alpinista, przewodnik oraz opiekun psa ratowniczego, współtowarzyszki podróży Anastazja i Tatiana Cariuk oraz ja, Dariusz Piwowarski – fotograf i podróżnik.

Pokonaliśmy trasę liczącą łącznie ponad osiem tysięcy kilometrów. Jechaliśmy przez Słowację, Węgry, Rumunię, Bułgarię i Turcję aby dotrzeć do naszego celu – Gruzji. Podróż trwała niemal bez przerwy, jedynie z odpoczynkami na noclegi w przeróżnych, losowych miejscach. Najczęściej były to pobocza tuż przy trasie, którą jechaliśmy. To właśnie tam rozbijaliśmy namioty – upragniona chwila wytchnienia i dalej w drogę do celu.

Starsze kobiety sprzedają swoje zbiory i przetwory [fot. Darek Piwowarski]Po drodze nie zabrakło stoisk z melonami i arbuzami, które po spożyciu świetnie gasiły pragnienie w tak upalne dni. Również przy drogach starsze kobiety sprzedawały swoje zbiory i przetwory głównie z figi, jeżyn i orzechów.

Pokonywaliśmy dziennie blisko tysiąc kilometrów a po pięciu dniach dojechaliśmy do kraju, w którym żyje się inaczej. Jak? Posłuchajcie...

Na drogach trzeba uważać na wszędzie znajdujące się krowy. Ale nie można ich strąbić tylko należy cierpliwie poczekać, aż ustąpią nam z drogi. Nie tylko zwierzęta powodują utrudnienia na drogach, ale także ludzie, którzy wchodzą na jezdnię jak gdyby nigdy nic.

W Gruzji krowy są dosłownie wszędzie [fot. Darek Piwowarski]Brak przepisów ruchu drogowego [fot. Darek Piwowarski]

Chyba nikt tam nie słyszał o przepisach ruchu drogowego. Poza tym nawet samochody nie muszą mieć aktualnego przeglądu technicznego. Można jeździć z pęknięta szybą, a jeśli auto się zepsuje, to po prostu zostawia się je tam, gdzie przydarzyła się awaria.

Ogromnym zaskoczeniem była dla nas nawierzchnia gruzińskich dróg. Były odcinki, które zdecydowanie przewyższały standard europejskich tras (bynajmniej tych polskich). Szczególnie w wyższych partiach gór.

Zabawnym i nieoczekiwanym dla nas zdarzeniem było podwiezienie policji na tak zwanego “stopa”. Kiedy zostaliśmy zatrzymani przez mundurowych, odruchowo szykowaliśmy się by podać dokumenty do kontroli. Okazało się jednak, że wcale nie o to chodzi, ale o podwiezienie ich do pobliskiego miasta. Młodzi adepci akademii policyjnej w Gruzji nie posiadają służbowych pojazdów. I, jak się później okazało, chcąc się przemieścić z jednego miejsca w drugie, podróżują “stopem”. Ekonomicznie, prawda?

Jak wspominałem, Gruzini to ludzie pozytywnie nastawieni do drugiego człowieka. Życzliwi, gościnni, i bardzo ceniący szczerość. Kiedy podczas drogi zatrzymywaliśmy się w przydrożnych sklepikach czy stoiskach, gdzie sprzedawano pieczony na słodko i na słono płaski chleb oraz Chaczapuri, albo gdy uzupełnialiśmy zapasy, zawsze byliśmy mile witani. A kiedy miejscowi Gruzini usłyszeli język polski do zakupów dodawali nam zawsze jakiś drobny “souvenir”.

Jadąc w kierunku Wysokiego Kaukazu mijaliśmy przepiękne i różnobarwne pasma skalistych i strzelistych gór rozświetlonych ostrym słońcem. Pogoda nam dopisywała.

Interesujące, a zarazem zastanawiające było to, że w miejscach gdzie nie ma żadnych zabudowań, nagle pojawiały się kobiety ze swoimi małymi kramikami. Sprzedawały ręcznie robione skarpety z wełny, rękawiczki, ozdobne czapki oraz przepyszne, różnego rodzaju, orzechy w polewie karmelowej oraz miodowej. Bardzo pożywne i przydatne w turystyce górskiej.

Różnobarwne pasma skalistych gór Kaukazu [fot. Darek Piwowarski]Kobiety z orzechami w polewie karmelowej lub miodowej [fot. Darek Piwowarski]

Przeprawa przez lodowiec

W końcu po sześciu dniach dojechaliśmy do miasteczka Kazbegi. Stąd w dalszą drogę udaliśmy się już pieszo z niezbędnym ekwipunkiem. Droga na szczyt prowadziła przez wieś Gergetii. Współtowarzyszki podróży wróciły do stolicy Gruzji, Tbilisi. Natomiast Kamil i ja wyruszyliśmy w drogę. To właśnie tutaj rozpoczął się docelowy etap naszej wyprawy, czyli zdobycie szczytu wygasłego wulkanu Kazbek.

Pierwszą bazę noclegową rozbiliśmy w sąsiedztwie Klasztoru Świętej Trójcy pochodzącego z XIV w.. Klasztor znajduje się na wysokości 2170m n.p.m..

Klasztor św. Trójcy z XIVw., Gruzja [fot. Darek Piwowarski]Kazbek a nad nim konstelacja Wielkiej Niedźwiedzicy [fot. Darek Piwowarski]

Dzień szybko dobiegł końca, ale przed zmierzchem udało nam się rozbić obóz. Podziwialiśmy uroki pięknego, gwiaździstego nieba. W dodatku blask księżyca rozświetlał cel naszej wyprawy, czyli szczyt góry Kazbek – nad nim widzieliśmy konstelację Wielkiej Niedźwiedzicy. Ten niesamowity widok zapierał nam dech w piersiach…

Wschodzące słońce budzi wszystko i wszystkich, a swoim blaskiem otula szczyty gór.

Oślim spojrzeniem [fot. Darek Piwowarski]Kazbek powoli wyłaniał nam się w promieniach porannego brzasku, budząc się z nocnej i nieco mrocznej poświaty. Ukazał nam swoją dostojność i potęgę. Zwinęliśmy obóz i wyruszyliśmy w dalszą drogę do następnej bazy, stacji Meteo, znajdującej się na wysokości ok. 3500m n.p.m.. Był to piękny, ciepły poranek. Wspinaczka szła sprawnie. Mijaliśmy zielone łąki, stada pasących się baranów, kóz, a wokół nich psy pasterskie, osły i siedzącego na trawie pasterza. Widok ten przypominał nam trochę polskie Bieszczady.

Szliśmy dalej. Ciężkie plecaki oraz upał, potęgowały pragnienie. Zapasy wody pitnej kończyły się, a do najbliższego wodopoju pozostawało ok. dwóch godzin drogi. Widok na lodowiec i źródła wody pitnej [fot. Darek Piwowarski]Odpoczywaliśmy, ale obaj myślami byliśmy już przy potoku z zimną i orzeźwiającą wodą. Nagle przed nami pojawił się człowiek, który wyjął z plecaka butelkę piwa i zrobił pst! Ten magiczny dźwięk to najbardziej zapamiętane i najbardziej upragnione pssssssssssssssst… w moim życiu.

Cóż, pokonaliśmy pragnienie i długą drogę, ale wreszcie dotarliśmy do źródła. Raczyliśmy się małymi łyczkami dobre pół godziny. Zrobiliśmy sobie trochę dłuższy odpoczynek, bo czekała nas droga przez lodowiec Gergeti. Teraz nie ma już żartów. Tu trzeba bardzo uważać, bo wokół jest mnóstwo szczelin zarówno tych widocznych, jak i tych ukrytych, najgroźniejszych – pod tzw. “mostami”. Mosty to zasypane przez nawiewany śnieg szczeliny na powierzchni lodowca. Nieuważny krok może skończyć się tragicznie. Również gwałtowne ruchy są niewskazane. Można się poślizgnąć i wpaść w jedną z takich szczelin.

Szczelina w lodowcu [fot. Darek Piwowarski]Taka sytuacja mogła się i mnie przydarzyć. Wypadł mi z ręki kij trekkingowy i gwałtownie się po niego schyliłem, a byłem blisko dwa metry od ogromnej szczeliny. Na szczęście za ten karygodny błąd nie zapłaciłem życiem. Kamil mnie ostro zrugał, ale z pokorą osoby mniej doświadczonej we wspinaczce muszę przyznać, że zrobił to w pełni słusznie. Nieważne czy to kij trekkingowy, czy aparat – nie wolno gwałtownie się schylać i to jeszcze z ciężkim plecakiem na plecach. Nauka na błędach nie wchodzi w grę. Nie w takich miejscach. Jeden niewłaściwy krok czy ruch, może kosztować nawet życie.

Przekroczenie lodowca zajęło nam ok. dwóch godzin. Wspinaczka staje się coraz trudniejsza, bo z każdym krokiem jesteśmy coraz wyżej, a to się wiąże z chorobą wysokościową. Szybciej się męczymy, plecaki stają się coraz cięższe, a oddech płytki. Stawialiśmy krótkie kroki. Momentami wydawało się nam, że staliśmy w miejscu – odpoczynki trwały coraz dłużej, ale upragniony cel był już coraz bliżej.

Droga przez lodowiec - Kamil [fot. Darek Piwowarski]Droga przez lodowiec - Darek [fot. Kamil Krechlik]

Dotarliśmy wreszcie do stacji Meteo – do naszej bazy i naszego domu przez kolejne trzy dni. Rozbicie namiotu po takim zmęczeniu i objawach spowodowanych wysokością nie jest wcale takie proste. Każda, najprostsza czynność męczy. Nawet podniesienie z ziemi kubka z wodą wiąże się z gigantycznym wysiłkiem. Teraz pozostawał nam odpoczynek i zaaklimatyzowanie się do istniejących warunków. Objawy, które występują na takiej wysokości to bóle głowy oraz nieprzyjemna i uciążliwa zgaga.

Aklimatyzacja i inspiracja

Poranek w górach Wysokiego Kaukazu [fot. Darek Piwowarski]

Mróz i śnieg na Kazbeku, jesień w górach Gruzji [fot. Darek Piwowarski]Drugi dzień na tej wysokości jest znacznie lepszy, ponieważ organizm przystosował się już do warunków wysokogórskich. Ale nie tylko wysokość dawała się nam we znaki. W nocy był mróz a w dzień padał śnieg. W stolicy Gruzji w tym samym czasie było 40°C w cieniu. Patrząc z wysokości stacji Meteo na lodowiec, po którym szliśmy, wyglądał on jak olbrzymi, spękany bochen chleba. Szczeliny – ich ogrom i przepastną wielkość można dostrzec dopiero teraz. Ratownicy ze stacji kierują kolejnych wspinaczy machając im rękami i wskazując właściwą drogę, którędy mają iść. Sytuacja była dramatyczna, ponieważ kierowali się prosto na szczeliny. Tak jak wspominałem, jest to największe zagrożenie tego wygasłego wulkanu.

Szczeliny w lodowcu - spękany bochen chleba [fot. Darek Piwowarski]Jeziorko wciśnięte między góry Kaukazu [fot. Darek Piwowarski]

Podziwialiśmy piękno gruzińskich gór, które zmieniają się z każdą chwilą. Niskie partie chmur zasłaniają, by za chwilę odsłonić obrazy górskie tworząc niepowtarzalną projekcję.

Widok na pasma gór Wysokiego Kaukazu [fot. Darek Piwowarski] -26Widok na pasma gór Wysokiego Kaukazu [fot. Darek Piwowarski] -27

Zbliżający się do pełni zachodzący księżyc za skalistymi, ośnieżonymi szczytami dodaje uroku i przenosi w iście kosmiczny wymiar.

Zachodzący księżyc nad górami Kaukazu [fot. Darek Piwowarski]Piramida z niebios [fot. Darek Piwowarski]

Na Kazbek, czyli pod samo niebo

Kamil wyrusza w samotną wędrówkę na szczyt wulkanu [fot. Darek Piwowarski]Pogoda zaczęła dopisywać. Śnieg przestał sypać, a wiatr ucichł. Tej nocy Kamil wyruszył w samotną wspinaczkę na sam szczyt wulkanu.

Było jeszcze ciemno. Godzina pierwsza w nocy. Po uzgodnieniu ostatnich zasad bezpieczeństwa i powrotu do bazy Kamil wyruszył w drogę. Ja zostałem i czekałem w obozie w razie jakiegoś zagrożenia albo gdyby Kamil nie wrócił na określony czas. Wtedy miałem wszcząć alarm i sprowadzić pomoc. Baza jest jak dom. Świadomość powrotu po tak wielkim wysiłku do miejsca, w którym można odpocząć i uzupełnić brakujące kalorie ciepłym posiłkiem jest dla wspinającego bardzo ważna.

Poprzedniej nocy na szczyt wdrapywali się ukraińscy miłośnicy wspinaczki górskiej. Droga była przetarta, co mogło ułatwić Kamilowi zdobycie szczytu, ale niestety w dzień spadł śnieg i zatarł wszystkie ślady. Kamil miał utrudniona trasę, bo musiał sam sobie przecierać drogę.

Z relacji Kamila z wejścia na Kazbek:

– Szczelin było mnóstwo, trzeba było bardzo uważać. Bardzo dużo było ukrytych pod mostami.

– Kiedy wspinałem się i zbliżałem do PLATO – śnieżnej polany – wypadła mi z ręki łapawica, czyli rękawica chroniąca przed wiatrem, zimnem i odmrożeniem. Zsunęła się w dolinę na tyle daleko, że wiedziałem, iż nie mogę się po nią wrócić, bo wtedy nie dam rady wejść na szczyt. Braknie mi sił. Musiałem robić częściej przystanki i ogrzewać rękę inaczej. Dałem radę, udało się, zdobyłem Kazbek! Nie było łatwo. Trzeba było uważać, aby nie przysnąć dłużej niż na 3 minuty, tak by chwilkę się zregenerować i tylko 3 minuty, nie dłużej.

Widok ze szczytu wulkanu Kazbek [fot. Kamil Krechlik] -32Widok ze szczytu wulkanu Kazbek [fot. Kamil Krechlik] -33

Trzeba przyznać, że twardy z niego gość. :-)

Zbliżał się czas powrotu Kamila. Czekałem i wypatrywałem za nim jak ojciec za synem, ale byłem bardzo spokojny. Wiedziałem i wierzyłem, że da sobie radę.

Wreszcie nastąpił ten moment. Pół godziny spóźnienia do umówionego czasu, prawie jak w zegarku wyliczony czas. Uśmiechnięty, zmęczony, padł od razu. Nawet nie uszczknął łyżki przygotowanego posiłku. Spał. Ja w tym czasie udałem się na swoją wędrówkę i wspiąłem się na wysokość ok. 4000m n.p.m.. Na tej wysokości znajduje się malutka kapliczka z dzwonem zawieszonym na zewnątrz. Można nim porządnie zadzwonić a jego odgłos niesie się echem w góry. Dotarcie do niej nie jest wcale proste. Góry tu są jak “ciastko z kruszonką” – idąc po nich kamienie usuwają się spod nóg. A łapiąc się dużego głazu, wcale nie jest powiedziane, że da nam on oparcie. Trzeba brać pod uwagę to, że głaz może się obluzować i pociągnąć nas w dół. Trzeba być cały czas czujnym. Rok przed naszą wyprawą, właśnie tam zginęło dwoje ludzi przysypanych przez kamienie.

Kapliczka pod Kazbekiem na wysokości 4000m npm [fot. Darek Piwowarski]Można solidnie zadzwonować [fot. Darek Piwowarski]

Naprężenia i kruchość gór Kaukazu dobrze słychać nocą. Olbrzymie pokłady skał pod wpływem napięć odrywają się od macierzystej grani, niczym wysadzone dynamitem, i suną w dolinę. Niespodziewane dźwięki nocy dodają grozy i lekkiego przerażenia…

Pożegnanie Gruzji i Gruzinów

Następnego poranka z uśmiechniętymi twarzami, zwinęliśmy obóz i opuściliśmy miejsce, którego zapewne nigdy nie zapomnimy. W drodze powrotnej również trzeba zachować te same zasady bezpieczeństwa, co przy wspinaniu. Licho nie śpi…

Ostatnie poranne promienie słońca nad górami Kaukazu [fot. Darek Piwowarski]

Gościnność Gruzinów towarzyszyła nam na każdym kroku.
Kiedy w drodze powrotnej byliśmy u podnóża Klasztoru Świętej Trójcy – miejsca, gdzie mieściła się nasza pierwsza baza wypadowa – trafiliśmy na obchody święta maryjnego nazywanego przez miejscowych świętem jeepa. Bardzo dużo ludzi przybywało do klasztoru na obrzędy. Najlepiej i najprościej jest się tutaj dostać właśnie jeepem, stąd ta nazwa. W życiu nie widziałem tylu terenowych aut w jednym miejscu. Ludzie świętowali, palili ogniska, popijali nalewki i piekli mięsiwa.

Zaproszono nas do jednego z takich ognisk ugoszczono i poczęstowano wszystkim tym, co miejscowi Gruzini mieli przygotowane na tę okazję. I jak na przystało Gruzinów, którzy słyną z toastów – czasami bardzo długich, bo i pół godzinnych, a nawet i dłuższych – wzniesiono toast, krótki, ale piękny i pożegnano nas…

Płynie przez rzekę żółw a na jego grzbiecie zwinął się jadowity wąż.
Wąż myśli: “Ugryzę – zrzuci”
Żółw myśli: “Zrzucę – ugryzie”

Wypijmy za nierozerwalną przyjaźń, co znosi wszelkie przeciwności…

Zapierający dech w piersiach widok gruzińskich gór [fot. Darek Piwowarski]I tak zakończyła się Nasza przygoda z Gruzją. Mam nadzieję, że nie ostatnia. Szczytów do zdobycia na Ziemi Kartlów jest naprawdę wiele… a ja już tęsknie za moją ukochaną.


  • Tekst i zdjęcia: Darek Piwowarski
  • Zdjęcia ze szczytu wulkanu Kazbek: Kamil Krechlik