Always plus aktywny węgiel to najlepszy filtr do wody
Wielcy podróżnicy mówią, że kiedy człowiekowi bardzo chce się pić, a brakuje wody, powinien sobie przypomnieć ten pierwszy raz, kiedy pił. To jest jedyna metoda na pokonanie pustyni. – Éric-Emmanuel Schmitt
Górna Swanetia – z Ipari na przełęcz
O 8 rano byliśmy na nogach a o 9 jedliśmy smaczne śniadanie. Świeżo upieczone chaczapuri i jak zwykle w Ipari, u żony dyrektora szkoły – konfitury jagodowe. Wyruszyliśmy w drogę zanim słońce na dobre wyszło zza gór. Było chłodnawe, rześkie powietrze, a upał miał się dopiero zrobić koło południa. Mieliśmy 13 kilometrów do wspólnoty Kala, za którą zaczynało się oznakowane czerwono-białym szlakiem podejście na przełęcz Latpari rozdzielającą Górną i Dolną Swanetię.
Mieliśmy nadzieję, że uda nam się złapać jakiś samochód i jeszcze dzisiaj ruszyć na przełęcz… Rzeczywiście, po kilkuset metrach minął nas samochód z turystami. Zatrzymali się i ku naszemu zdziwieniu większość była Polakami. Zapakowaliśmy się do bagażnika jeepa – no cóż było to jedyne dostępne miejsce i zaczęliśmy rozmowę. Polacy okazali się wersją “turystycznych ziemniaków” – tak w żargonie pilotów wycieczek określaliśmy turystów “do wożenia”. Zero wiedzy o historii, realiach, specyfice odwiedzanego rejonu – tylko stereotypowe, obiegowe opinie, że “niebezpiecznie i bandy napadają”. Hmm, u nas w Łodzi na Piotrkowskiej większe niebezpieczeństwo w piątkowy wieczór.
W Kala rozstaliśmy się. Oni jechali do Uszguli – wsi położonej na 2200 metrach – a my ruszyliśmy do wioski po chleb i wypytać o drogę. Najpierw próbowano nam tłumaczyć drogę samochodową przez Ushguli – bagatela 80 km objazdu… My się uparliśmy i po zwołaniu na konsultację połowy wioski uzyskaliśmy informację jak dojść na ów “pieriewał”. Każdy z tubylców miał inną wersję czasu przejścia, między 7 a 10 godzin, bez określania czy tylko na przełęcz, czy także z niej. Pokazano nam drogę, podarowano dwa chleby i ser.
Przed nami most a z lewej ośnieżone szczyty pięciotysięczników. Po prawej zaś nasza przełęcz – wysoko, wysoko, gdzieś blisko chmur… Najpierw szliśmy równolegle do rzeki i mieliśmy nadzieję, że cały czas będziemy mieć dostatek wody. Nabraliśmy ze źródełka dwa bidony i pniemy się pod górę. Gorąco i stromo. Po kilku godzinach przerwa na popas i czytanie "Hobbita" po rosyjsku. Potem znowu w drogę, a ona ledwo oznakowana wije się przez wąwozy, urwiska, kamienie i górskie łąki. Co rusz gubimy szlak, zmurszałe zwalone drzewa utrudniają drogę. Widoki zaś zapierają dech w piersiach. Z dala widać Szcharę… a my w górę i w górę. Zmierzchało, gdy zobaczyliśmy talerze satelitarne i przekaźnik sygnału na przełęczy. Było już ciemno, gdy rozstawialiśmy namiot miedzy dwoma zboczami porośniętymi jagodami. Skończyła nam się woda, więc wystawiliśmy naczynia by nałapać nocą rosy. Ja wiedziałam, że z pragnienia nie umrę dopóki są jagody… a było ich całe mnóstwo.
Noc była niesamowicie cicha, nawet cykad ani krzyczących w dzień orłów. I gwiazdy, gwiazdy tak blisko… Rano szybkie zwinięcie obozowiska i zaspokojenie pragnienia. Ja jadłam jagody, a Przemek pił rosę z liści. Nie było tego wiele. Potem kilka godzin marszu do szczytu i nasza nadzieja na wodę w pobliżu coraz bardziej maleje. Wokół same góry, żadnych strumieni a to, co wydawało się wodą, jest połyskującą w słońcu zastygłą lawą.
Wobec potęgi gór prościej odkrywa się siebie, a przynajmniej to, że większość granic i lęków to tylko ułomność naszego umysłu, poza którą zaczyna się wolność.
–Jacek Teler
Always choć skrzydełka mają, to nie latają
Nie ma co panikować – ruszamy dalej! Znowu dwie godziny i kilka wzniesień za nami. Jesteśmy na wysokości blisko 3000 metrów. Wokół cisza, pustka i orły nad nami. Żartuję wisielczo, że lepiej orły niż sępy. Już taką bezwodną przygodę mieliśmy w Sabaudii, więc tak łatwo się nie poddamy. Rzeczywiście po kolejnych kilometrach trafiamy na spore bajoro, inaczej nazywając – jeziorko roztopowe zasilane wodą deszczową. Woda wygląda na pierwszy rzut oka nieszczególnie, coś w niej pływa i jest ciut mętnawa. Patrzę na ślady zwierząt, jest ich dużo – one piją, my też przeżyjemy. Szybka decyzja i pytanie – jak ją oczyścić?
Mam zawsze zapas węgla aktywnego – on zwiąże większość zanieczyszczeń. Ale z czego zrobić dobry filtr? I genialny pomysł – mam podpaski Always ze skrzydełkami! Pal licho skrzydełka, teraz liczy się siateczka na wierzchu. Pierwsza próba była nieudana, zapomniałam o warstwie granulek chłonących, a oderwałam tylko folię zabezpieczającą dół. Granulki WYPIŁY naszą wodę! Druga próba okazała się sukcesem. Woda miała smak węgla, ale nie potruliśmy się i mogliśmy komfortowo wędrować dalej. Było warto! Jest powiedzenie, że jak Bóg zsyła trudności, to potem daje nagrody. Nas też obdarował. Kilka godzin później w starym łożysku okresowego potoku wydobywaliśmy kryształy górskie…
Ponieważ była to nasza wspólna przygoda, więc także oddaję głos Przemkowi.
Z Księgi Wypraw
Obudziliśmy się wcześnie rano. Ja spijałem rosę nagromadzoną na liściach, a mama jadła jagody. Spróbowawszy dwóch jagód uznałem, że są niesmaczne. Zwinęliśmy plecaki i razem ze świerszczem kaukaskim ruszyliśmy dalej. Świerszcz autostopowicz przewędrował na moim plecaku kilometr a następnie zniknął... Po wejściu na szczyt ujrzeliśmy jak droga wiedzie przez kolejnych kilka szczytów. Musieliśmy iść dalej, wiedzieliśmy, że zejście oznaczałoby porażkę. Mama pokrzepiała się jagodami, a ja cukierkami ziołowymi. Pięliśmy się w górę i w dół, nad przepaścią i po łąkach, a zejścia nadal nie było widać. Szliśmy i szliśmy.
Po przejściu kilku wzniesień znaleźliśmy zagłębienie wypełnione wodą. Było to najprawdopodobniej jeziorko roztopowe. Jako, że woda była mętna i koloru żółtawego postanowiliśmy ją przefiltrować. Najlepszym materiałem jaki mieliśmy do filtracji była mamina podpaska. Nałożyliśmy ją na kubek i nasypaliśmy trochę węgla aktywnego na wierzch. Przez podpaskę przelaliśmy cały kubek wody i okazało się, że na dnie drugiego kubka jest tylko przecedzona odrobina. Przyczyną tak mizernego efektu była warstwa chłonna w podpasce ze specjalnymi granulkami, która wchłonęła całą wodę. Usunęliśmy warstwę chłonną i tym razem udało nam się przefiltrować trzy kubki czystej wody.
Trochę pokrzepieni ruszamy dalej. Po drodze natykamy się na górską kapliczkę. Ktoś na ofiarę złożył nabój do karabinu. My do towarzystwa dokładamy muszelkę znad morza. Mama robi zdjęcia i co nas bardzo uradowało, zaczynamy schodzić w dół. Idąc coraz niżej napotykamy malutki strumyczek, z którego nabieramy czystej i zimnej wody. Po napiciu się robimy krótki postój na małe śniadanko. Ze szlaku patrząc w dół nareszcie widzimy w oddali drogę, rzekę i domy. Idziemy coraz niżej... ale i tak zejście nie jest takie łatwe. Pod wieczór dochodzimy do sadzawki zarośniętej trawą i nad którą latają duże ważki. Kawałek dalej znajdujemy polankę, na której rozbijamy namiot. Rozpalamy jeszcze niewielkie ognisko i robimy herbatę. Ja swoją herbatę wlewam w bidon i w nocy popijam sobie powoli. Znalazłem też nowe wykorzystanie bidonu napełnionego ciepłą herbatą, tzn. jako niewielki grzejniczek do śpiwora.
Przygoda miała kontynuację kilka tygodni później w Batumi, gdzie robiono o naszej wyprawie autostopowej i edukacji domowej 7 minutowy program dla telewizji gruzińskiej. Tam padło hasło “Always plus aktywny węgiel to najlepszy filtr do wody”. Program był emitowany przez cztery dni w głównym wydaniu dnia, po aferach korupcyjnych, zamachach i grozie dnia codziennego. Bardzo prosty przekaz: ludzie są dobrzy, świat bezpieczny, Gruzini wspaniali a Always plus aktywny węgiel to najlepszy filtr do wody.
Nie mieliśmy już problemów z autostopem na gruzińskich drogach – chciało nas brać więcej kierowców niż mogliśmy skorzystać.
Tych historii jest bardzo wiele. Pełne pięć grubych Ksiąg Wypraw, ale to co najważniejsze zostało zapisane w sercu…
Publikowane w serwisie Oblicza Gruzji teksty, tłumaczenia, adaptacje, zdjęcia i grafiki mają swoich autorów. Jeśli chcesz je wykorzystać i/lub rozpowszechnić we fragmentach lub w całości, to zapoznaj się wcześniej z naszymi zasadami udostępniania treści.
Spodobało ci się? Podziel się z innymi...
Anna Janicka-Galant
- autorka
- autorka zdjęć
- Always plus aktywny węgiel to najlepszy filtr do wody
- Fabryka sera w Saqdrioni, czyli sulguni u Lewana i Cezara
- Jak wypiekałam swój pierwszy chleb szoti
- Jak żyć z pieniędzmi w zgodzie
- Mandarynkowy sezon w Gruzji
- Meschetyjska nostalgia zaklęta w białej kukurydzy
- Opowieść z czarnym pchalem w tle - w gościnnym domu Nodara i Nazi
- Szkoła tam, gdzie Ojciec, Syn i Duch Święty mówią dobranoc
- Toast za Stalina
- Wigilijna noc przed gruzińskim Bożym Narodzeniem
- Za pokój w duszy i między narodami
- Zajrzyjmy do spiżarni w górskiej wiosce Adżarii