Jak żyć z pieniędzmi w zgodzie

Jeśli człowiek, który koniecznie czegoś potrzebuje, znajdzie to, co mu potrzebne, nie daje mu tego przypadek, lecz on sam daje to sobie, własne jego pragnienie i wola ku temu go prowadzą. – Hermann Hesse, Demian

Myślę, że wielu ludzi doświadcza porażek, klęsk i niedoborów by dostać szansę przebudzenia w sobie kogoś silnego, odważnego i kreatywnego. By mogli w sobie obudzić Olbrzyma. Gdyby mieli cały czas dostatek nigdy by nie rozwinęli tych cech, które są najważniejsze. Być może nigdy by nie rozwinęli swojego prawdziwego potencjału?

Surfowanie po morzu pieniędzy [grafika - Adam Bińkowski]Ostatnio często słyszę o kryzysie i braku pieniędzy. Ciągle powtarzane hasła – “przecież trzeba mieć na życie”, “nie da się bez pieniędzy żyć”, “pracuję dla pieniędzy” wdzierają się w uszy. A spróbował ktoś umrzeć z powodu braku pieniędzy? Oczywiście poza samobójcami, którzy z powodu bankructwa targnęli się na swoje życie. Statystycznie więcej ludzi umiera nawet z powodu pieniędzy i to niemałych niż z powodu ich permanentnego niedoboru. Dlaczego naszły mnie rozważania o pieniądzach?

Owszem lubię je otrzymywać i wydawać, ale nie uzależniam od nich swojego zadowolenia z życia ani nie wartościuję przez stan konta swojej osoby. Za dobrą pracę chętnie je dostaję, ale często tę samą pracę albo i większą wykonuję z równym zaangażowaniem bez pieniędzy. Bez pieniędzy nie oznacza bez wynagrodzenia – zapewne są dla mnie w danym momencie ważniejsze inne wartości niż szelest papierków, którym kiedyś nadano tak ogromne znaczenie, że gdzieś zatarła się idea, której służyły. A służyły wymianie dóbr i potencjałów. Myślę sobie, że warto do tych źródeł wrócić.

Przez wiele lat borykałam się z tematem pieniędzy na różne sposoby. Jako zdeklarowana idealistka pewnie zdołałabym przeżyć całe życie w systemie barteru, banków wymiany czasu, w “systemie nowej ekonomii humanitarnej”, gdybym w pewnym momencie nie zaakceptowała pieniędzy jako jeszcze jednej formy energii. Straciły one odorek szatańskiego tworu i źródła rozlicznych klęsk współczesnego świata a stały się normalnymi papierkami będącymi równowartością włożonej przeze mnie energii, za które ja z kolei mogę nabyć pewne dobra. W chwili gdy zrozumiałam, że same w sobie nie są niczym złym otworzyłam się na ich przepływ. Swobodny przepływ a nie gromadzenie dla samego posiadania. Ustaliłam sama ze sobą, że najpierw definiuję cel i potrzebę a potem otwieram się na oferty, które umożliwią mi zarobienie określonych sum. Ta strategia okazuje się całkiem skuteczna a daje ogromny komfort uwalniając od lęku o stan posiadania. Prosta zasada – zdefiniować potrzeby i dookreślić jaki wysiłek jesteśmy gotowi ponieść i za jaką cenę.

Co spowodowało moją zmianę podejścia? Jedna z przygód na Kaukazie kilka lat temu, którą można określić powstałym na tę okoliczność hasłem – “jeśli zdołałam przeżyć zupełnie bez pieniędzy, to i zdołam żyć godziwie nawet z dużymi”.

A w Swanetii już jesień, czyli Pora Powrotów

Pora na odwrót ze Swaneti. Wielki Kaukaz nie jest miejscem, gdzie można zostawać pod koniec października nie planując zostania na całą zimę. Zapowiadają pierwszy śnieg i drogi mogą stać się nieprzejezdne. Rano usiłuję nacisnąć na Dominika, by już się zbierać w drogę powrotną – trochę mam pietra jak się wyrobimy z czasem. Trzeba dotrzeć do Tbilisi i spotkać się z paroma osobami, odebrać rzeczy, potem do Batumi, pędem na granicę i przez Turcję do Adampola, gdzie czeka Przemek. Już teraz myślami przyciągam samochód, który nas stąd wywiezie.

Ośnieżone szczyty Wielkiego Kaukazu

Śniadanie z Fridonem

Piec wygaszony, zimne chaczapuri, mazoni, ser, ale gorąca herbata a potem kawa rozgrzewają wnętrze i dłonie. Fridon snuje rozważania, że tak jak Vincent van Gogh obciął sobie ucho, tak on wyrwie sobie oko. Pyta:
– Jak myślicie wyrośnie w nim roślina? Przecież oko ma wszystkie składniki mineralne…
Fridon porównuje Dominika do rzeźby a potem zwraca naszą uwagę na muzykę bujającego się czajnika:
– Czajnik tańczy na piecu.

Tu w tej Krainie Mitów i Archetypów wszystko jest możliwe. Próbujemy wyciągnąć Fridona w plener, ale bez powodzenia. Śmieje się i odpowiada:
– Macie oczy to patrzcie sami.
Cały czas rozważa, że jeśli sprzedamy obrazy przez Internet, to połowa dla nas a druga na zrealizowanie jego wizji: elektrownia wodna i aquatorium na błotach chroniące endemity. Wspaniałomyślnie zgadzam się przeznaczyć również naszą połowę na sadzenie lasów w Swanetii. Zastanawiam się tylko skąd zdobyć miliony. A może to wcale nie jest problem?

Dominik cały dzień siedzi w kuchni i filmuje bzdety. Naprawdę bzdety! Wielkie bzdety! Dzieci coś gadają i jedzą kasztany, babcia grzeje nogi i świdruje nas wzrokiem. Pada deszcz, zimno jak cholera i nie będę się snuć po okolicy. Ja chcę ruchu – ruchu celowego, świadomego i skutecznego! Chcę poczuć znowu smak Drogi! Potem smak Przygody. A jeszcze na koniec, po kilku miesiącach, smak Domu. Zuzka i Święci Anieli ratujcie mnie przed tą Chodzącą Obsesją z Kamerą!

Fridon wrócił z krowami po trzech godzinach. Znowu część została w górach i jest nadzieja, że syte wilki nimi się nie zainteresują. Temraz zwiózł ostatnie siano. Lila robi chleb i chaczapuri – wszyscy jesteśmy w maleńkiej kuchni przy piecu. Na 15 metrach dziewięć osób i nie czujemy ciasnoty. To ta gościnność i otwartość… i ten chłód – poza kuchnią nie pali się jeszcze w piecach. Fridon opowiada, że zimą rzeźbi, bo malować nie może, gdyż farby i werniks zbyt gęstnieją od zimna w pracowni. Chodzi zaś spać z plastikowymi butelkami z gorącą wodą w roli ogrzewaczy łóżka.

Takie pożegnalne rozmowy. Uprzedziliśmy, że rano wyjeżdżamy. Czuliśmy się tutaj jak w rodzinie i na pewno zżyliśmy się z nimi – zwłaszcza z Lilą, Fridonem, dzieciakami i milczącą babcią. Dominik kręci ostatnią rozmowę. Męską rozmowę. Jestem ciekawa czy zapyta, czemu na każdym obrazie są kobiety. Dlaczego są tak przerażające a zarazem obsesyjnie pożądane przez Fridona. Te talie osy, długie nogi, sterczące piersi, zaznaczone łono, dziwne i pożądliwe oczy. Kobiety Fridona są wyuzdane i seksualnie niebezpieczne. A przecież on… nie zaznał kobiety.

Dominik z Fridonem wrócili zmarznięci po półtorej godziny ze zbójeckimi minami. Jak się później dowiedziałam to wtedy padło owo retoryczne pytanie Fridona – samozwańczego mnicha:
– Chrystus był żonaty?
I jego odpowiedź
– Ja myślę, że on był żonaty.

Na dole rodzinna atmosfera przy piecu. Podaję przepisy na placki ziemniaczane modyfikując przepis – zamiast jajek, których nie ma ser, który jest. Rozmawiamy o Polsce, o życiu w niej i o nadchodzącej zimie…

Gwóźdź programu, czyli gdzie są nasze pieniądze

plik pieniędzyIdziemy na górę do swojego pokoju, żeby się zapakować. Oczywiście robię to szybciej niż Dominik, więc wiadomość, że ZGUBIŁ NASZE WSZYSTKIE PIENIĄDZE zastaje mnie w łóżku. To jest gwóźdź programu! Oczywiście nie wie kiedy i gdzie! Pewnie przy filmowaniu zbierania siana w górach wypadły mu z kieszeni podczas trzęsącej jazdy ciężarówką. Filozoficznie komentuję, że mam nadzieję iż krowy się nie otrują jak zeżrą zielone…

Podsumowując:

  • jesteśmy bez forsy na wizę do Turcji (potrzebne 20 Euro lub 30 dolarów),
  • jesteśmy bez rezerw na drogę,
  • mamy kilka lir tureckich, dwie lary gruzińskie, ze 2 Euro w bilonie,
  • mamy perspektywę przejechania 2000 km do Przemka, który czeka po Stambułem i kończy mu się wiza, oraz kolejnych 2000 do Polski,
  • i nadal mamy Świetny Humor!!!

Teraz patrzę na zapisane stronice i przypominam sobie całą sytuację, która w tamtym momencie wydawała się taka absurdalna. Przecież mieliśmy dolary i euro i wspaniałą pewność, że na wszystko nam wystarczy. I co? I nagle w jednej chwili jesteśmy bez niczego. Jaka mogła być nasza reakcja? Strach, lęk, załamanie? Ponownie oddaję głos dziennikowi…

Przez pół nocy dostawaliśmy ataku śmiechu rozważając wszelkie ewentualności wydostania się z Gruzji i zdobycia pieniędzy.

Ikona - Święty Jerzy walczący ze smokiem
Stalin - rysunek Nikolaia Bukharina

Co ujmę skrótowo:

  1. Dominik będzie żebrał bo wygląda odpowiednio. Po kilku miesiącach ma obszarpane spodnie, uflajane i w plamach. Jako reżyser może zbierać nowe doświadczenia. Może żebrać na kilka sposobów:
    • tradycyjnie – siedząc z metalowym kubeczkiem i pokorną miną,
    • na Rumunkę – siedząc z kubeczkiem i świętym obrazkiem (mamy ich spory zapas z Ukrainy, Stambułu i Tbilisi i są to święci na wszystkie okoliczności),
    • na bolszewika – jak wyżej, tylko z obrazkiem Stalina,
    • na ćpuna – leżąc w podziemnym przejściu na gazecie, ręka rozwarta, wyciągnięta i głęboki sen znużonego życiem,
    • na chodzonego – spacerując z kubeczkiem i zaczepiając przechodniów,
    • na skrzywdzonego turystę – w górach Swanetii napadła nas banda Emzara i pozbawiła pieniędzy, dumy rodowej i ostatnich majtek,
    • na skrzywdzonego turystę, wersja eksportowa – spacer między kawiarnianymi stolikami pełnymi zagranicznych turystów,
    • na historię życia – też w kawiarni, ale historia autentyczna,

To była dopiero rozgrzewka. Rozkręcaliśmy się w swojej pomysłowości i pojawiały się kolejne warianty. Powyższe pomysły mogły być jednakże zrealizowane po wydostaniu się z gór, tzn. przejechaniu kilkuset kilometrów.

  1. Zdobędziemy skarb lub choćby garść minerałów idąc przez góry w stronę Mestii, co nas czeka kolejnego dnia. Żaden samochód nie jedzie do Mestii i te dwadzieścia parę kilometrów musimy przejść.
  2. Będziemy szukać złota w Enguri, przesiewając piasek przez kapelusz. Rzeka jest złotonośna i płynie do mitycznej Kolchidy. Jedyny kłopot w tym, że jest pioruńsko zimno.
  3. Będziemy napadać bogatych Niemców podając się za bandę Emzara. Mała szansa, bo jest już po sezonie a i my wprawy nie mamy.
  4. Sprzedamy nasze paznokcie u nóg i ewentualnie włosy jako święte relikwie lub amulety odebrane czworonożnej czarownicy spod lodowca.

O ten pomysł był świetny! Po powrocie czytałam o intratnym handlu relikwiami i tym, że niejeden święty musiał mieć co najmniej setkę palców, kilka garniturów zębów a niektórzy nawet kilka czaszek.

  1. Ewentualność oddania się za pieniądze, ale dotyczy tylko Dominika, gdyż ja nie poczuwam się do odpowiedzialności za utratę kasy.

Deszczowy odwrót ze SwanetiPomysłów było znacznie więcej. Tylko tyle zdołałam zapisać, ale pamiętam, że aż iskrzyło od wariackich pomysłów. Co nam to dało? Przestaliśmy się bać i poprzez żarty “oswoiliśmy” sytuację. Nabraliśmy pewności, że wszystko nam się uda i możemy zaufać zarówno sobie jak i okolicznościom.

Czasami w ludziach będących w krytycznej sytuacji wyzwala się ogromna energia i kreatywność. Myślę, że wielu ludzi doświadcza porażek, klęsk i niedoborów by dostać szansę przebudzenia w sobie kogoś silnego, odważnego i kreatywnego. By mogli w sobie obudzić Olbrzyma. Gdyby mieli cały czas dostatek, nigdy by nie rozwinęli tych cech, które są najważniejsze. Być może nigdy by nie rozwinęli swojego prawdziwego potencjału?

Czy nam się udało? Czy wróciliśmy w porę do Adampola? Oczywiście! Pieniędzy nam nie brakło, ludzi wspaniałych na drodze też. Po ciekawych przygodach i serii znaczących przypadków dotarliśmy na czas… by złapać w centrum Stambułu autostop i wrócić do Polski trzy dni później.